środa, 15 lipca 2015

Rozdział 76 ~ Ale mam jajka. Dwa.

Kolejne kilka dni minęło mi w zaskakująco szybkim tempie. W dzień wygłupialiśmy się i bawiliśmy w jeziorze, zaś wieczorem dużo rozmawialiśmy. Kuba dowiedział się o wszystkim co jest związane z tajemniczą osobą. Nie był zadowolony z takiego obrotu spraw i od razu zapowiedział, że jak tylko wrócimy do Dortmundu jedziemy na policję. Szczerze powiedziawszy to cieszyłam się, że Kuba i Marco chcą jechać ze mną, ponieważ ja sama nie mam odwagi tam jechać. Nie wiem dlaczego. Może dlatego, że się boję? Boję o bliskich? Nigdy nie wybaczyłabym sobie, gdyby to przeze mnie cokolwiek im się stało.

- Ej, Marco! Wstawaj!- szturchnęłam blondyna, który spał, opierając głowę o szybę.
- Co?- wzdrygnął się.
- Już dojechaliśmy.- powiedziałam, uśmiechając się do niego.
- Boże, ty prowadziłaś mój samochód.- powiedział przerażony, na co ja głośno się zaśmiałam. Dziś ja prowadziłam, ponieważ Marco i Kuba siedzieli w nocy do późna i blondyn był niewyspany. W końcu miałam okazję poprowadzić tę czarną bestię..
- Tak. I jest cały.- wyszczerzyłam się do niego.- Dobra, wychodź. Za godzinę mamy być u Kuby, pamiętasz?- zapytałam.
- Yy, no przecież.- zaśmiał się.- Myślisz, że zapomniałem?
- Dokładnie tak myślę.- oparłam się o drzwi wejściowe, czekając na blondyna.
- Pff...- stanął naprzeciwko mnie.
- Nie popluj się.- zachichotałam.- Nie masz zamiaru otworzyć drzwi?- dodałam.
- A śpieszy ci się?- przygryzł dolną wargę, opierając prawą rękę o drzwi na wysokości mojej głowy.
- Trochę.- na mojej twarzy powstał lekki grymas.
- Oj, no dobra. Już otwieram.- pokręcił głową. Weszliśmy do domu niemieckiego piłkarza, on poszedł do kuchni, natomiast ja do łazienki.
Schodząc ze schodów usłyszałam krzyk Marco.
- Kochanie!
- Co chcesz?- warknęłam, wchodząc do kuchni.
- Co będziemy jeść?
- Bozia rączki dała? Nie umiesz zrobić sobie jedzonka?- zapytałam, opierając się o wyspę kuchenną.
- Ty robisz to lepiej.- poruszył zabawnie brwiami, na co ja tylko pokręciłam głową.
- Pod warunkiem.- rzekłam.
- Zamieniam się w słuch.- oparł się nonszalancko o lodówkę, przyglądając mi się badawczo.
- Ja zrobię ci jedzonko, a ty obejrzysz ze mną wieczorem komedię romantyczną. Zgoda?- podalam mu rękę.
- Yhh, niech stracę. Ale naleśniki.- tym razem to on postawił warunek.
- Okey.- odparłam, a blondyn podał mi rękę, po czym przyciągnął mnie do siebie. Objął w talii i złożył na moich ustach namiętny pocałunek.
- Z czyn chcesz te naleśniki? Jabłka mogą być? Masz? 
- Nie.
- A mąkę?- zapytałam, otwierając po kolei szafki, jednak nie znalazłam w żadnej z nich tego czego szukałam.
- Nie.- odpowiedział.- Ale mam jajka. Dwa.- powiedział, uśmiechając się głupio.- I jednego banana.- dodał. Pokręciłam tylko głową.
- Bez mąki nic nie zrobię.- powiedziałam, siadając na blacie.
- Kochanie, jesteś w domu faceta. Myślisz, że będą tutaj takie rzeczy jak mąka?- podszedł do mnie, opierając dłonie o blat, tuż przy moich udach.
- Jesteś zdrowo rąbnięty.- prychnęłam śmiechem, kręcąc niedowierzająco głową.
- Ale mnie kochasz.- wywalił mi język.
- I co ja mam teraz zrobić?- westchnęłam.
- Hmm.. No możesz na przykład... Dać mi słodkiego buziaka?- bardziej spytał niż oznajmił.
- No nie wiem, nie wiem.- uśmiechnęłam  się zadziornie.- Ja pójdę do sklepu, a ty posprzątasz ten... bajzel. Kiedy wrócę i będzie ładnie posprzątane to może dostaniesz buziaka.
- Może?- załapał mnie za słówko.
- Może.- zeskoczyłam z blatu kuchennego, kierując się w stronę wyjścia.
- Dać ci pieniądze?- zapytał, kiedy zakładałam buty.
- Zwariowałeś?- oburzyłam się.
- Możliwe.- wzruszył ramionami, rozsiadając się na kanapie w salonie.
- Miałeś sprzątać.- dodałam, po czym wyszłam, kierując się w stronę sklepu. 

Weszłam do pobliskiego sklepiku, gdzie była niewielka kolejka. Stanęłam w niej, czekając na swoją kolej. Kiedy ta nadeszła, spotkała mnie bardzo miła niespodzianka.
- To pani? Pani jest dziewczyną Marco Reusa?- zapytała starsza pani. Miała może 60 lat, nie więcej.
- Tak, to ja.- zaśmiałam się cicho. Było to dosyć miłe, a jednocześnie zaskakujące, że ludzie już poznają mnie na ulicy.
- Nie chciałabym się narzucać, ale bardzo mi na tym zależy. Jestem wielką fanką Borussii i czy mogłaby pani przekazać tę koszulkę panu Reusowi? To dla mnie bardzo ważne.- powiedziała, widać było na jej twarzy niepewność.
- Oczywiście, myślę, że to żaden problem.- odparłam, a kobieta podała mi koszulkę w dortmundzkich barwach.
- Dziękuję pani bardzo.- uśmiechnęła się szeroko.
- A może chciałaby pani autografy od wszystkich piłkarzy Borussii?- zapytałam z uśmiechem. Kobieta była widocznie zaskoczona.
- Naprawdę? To nie byłby problem?
- Myślę, że nie. Da się zrobić.- powiedziałam.
- No dobrze, ale pani chyba nie przyszła tutaj rozmawiać tylko zakupy zrobić, prawda?- zapytała, uśmiechając się delikatnie.
- Tak, tak.- powiedziałam szybko.
Wracając do domu blondyna na mojej twarzy widniał szeroki uśmiech, cały czas myślałam o sprzedawczyni, która okazała się fanką dortmundzkich chłopaków. Jednak od kiedy wyszłam ze sklepu, miała takie dziwne wrażenie, że ktoś mnie śledzi. Ale kiedy za każdym razem odwracałam się za siebie, nikt za mną nie szedł. I w pewnym sensie to zaczęło mnie niepokoić. Czułam się jak w głupim horrorze. A to co miało wydarzyć się za chwilę, właśnie tak wyglądało. Jak horror.
Poczułam czyjąś silną dłoń na moich ustach, a drugą na biodrach. Przywarł swoim ciałem do mojego, ciągnąc mnie w jakąś ciemną uliczkę. Chciałam krzyczeć, jednak nie mogłam. Docisnął mnie do ściany, stając naprzeciw mnie. Moje serce waliło jak oszalałe. To on... Nie wierzyłam własnym oczom. Chciałam się wyrwać i uciec, jednak nie mogłam. Z mojej ręki wypadła torba z zakupami i torebka, w której miałam swoje rzeczy.
- Znów się spotykamy...- przejechał palcem po moim policzku. Bałam się, cholernie bałam.- Myślałaś, że skończy się tylko na karteczkach? Źle myślałaś, skarbie..- ten głos, którego nie chciałam już nigdy więcej usłyszeć. Ten facet, który tak mnie skrzywdził. Nigdy tego nie zapomnę, jemu nigdy. Chcąc coś powiedzieć, a jednocześnie wyrwać się mu, ugryzłam go w dłoń.
- Ałł, szmata!- syknął.
- Spieprzaj! Czego chcesz?- krzyknęłam, by ktoś mnie usłyszał, a w odpowiedzi dostałam siarczystego liścia. Złapałam się za piekący policzek. Cholernie bolało.
- Czego chce? To proste. Chcę ciebie.- powiedział, szyderczo się uśmiechając, by po chwili znów zatkać mi usta dłonią. Jednak teraz już nie mogłam go ugryźć.- I będziesz moja. A ten twój fagas.- zaśmiał się.- Książę z bajki, już cię nie uratuje, skarbie.- pocałował mnie w policzek, po czym przejechał swoją dłonią wzdłuż mojej talii. Czułam obrzydzenie. Do niego, jak i do siebie. Uderzyłam go pięścią w ramie.
- Nieładnie księżniczko, nieładnie. Niegrzeczna jesteś.- mówił miłym głosem, by po chwili uderzyć mnie pięścią w brzuch. Jęknęłam z bólu, zsuwając się po ścianie. Nie spodziewałam się tego.- Boli? Tak ma być!- szepnął mi na ucho.
- Odpierdol się w końcu!- po moich policzkach zaczęły spływać łzy.
- Och, nie. Nie masz co na to liczyć.- rzekł.- Zniszczyłaś dwa lata mojego życia! Myślałaś, że cię nie znajdę? Powiem ci, że było bardzo łatwo. Nazwisko Błaszczykowska mówi wiele. Łatwo było cię znaleźć, skarbie...- szepnął do mojego ucha. Złapał mnie za włosy, by po chwili podnieść mnie, ciągnąc za nie. Znów przyparł mnie do ściany, a po chwili przy mojej twarzy znalazł się nóż. Moje serce jeszcze bardziej przyśpieszyło swój rytm, zaczęłam się szamotać, żeby tylko nie zrobił mi krzywdy. Jednak wnet poczułam ból w okolicach ust. Przejechałam językiem po całej linii dolnej wargi, aż po jej kącik i poczułam ten charakterystyczny metaliczny smak. Krew. 
- Nieładnie księżniczko. Chyba byłem dla ciebie za dobry.- kiedy to mówił, poprawiał swoją koszulkę. Korzystając z jego nieuwagi, uderzyłam go kolanem w krocze. Momentalnie złapał się za nie, tym samym umożliwiając mi ucieczkę. Kopnęłam go jeszcze, tak że się przewrócił, złapałam za swoją torbę, nawet nie myśląc o tym, by wziąć też tę z zakupami, po czym uciekłam. Biegłam przed siebie, ile tylko miałam sił w nogach. 
- Suka!- usłyszałam jeszcze ten głos. Później już nic. Słyszałam tylko swój nierówny oddech. Jak to możliwe? Jak mnie znalazł? 
Dobiegłam do domu Marco, wpadając do niego jak petarda, zamknęłam drzwi za sobą, po czym rzuciłam torbę, idąc wgłąb mieszkania.
- Marco..- sapnęłam.- Marco...- powtórzyłam, jednak nie usłyszałam jego głosu. Denerwowałam się coraz bardziej.- Marco..- powiedziałam, jednak tym razem głośniej.
- Tutaj jestem.- krzyknął, wychodząc ze swojej sypialni.
- Marco..- sapnęłam, widząc ukochanego. Byłam jak w amoku, ale nie potrafiłam się uspokoić.
- Marcela, co ci się stało?- zbiegł ze schodów, podbiegając do mnie. Doszłam do niego, wręcz rzucając się na niego i przytulając.
- To on... On... Rozumiesz? On...- mówiłam, wbijając paznokcie w jego nagie plecy. Jęknął z bólu, a ja szybko zabrałam ręce.
- Kochanie, spokojnie.- odciągnął mnie od siebie. Zaprowadził mnie do salonu, po czym posadził na kanapie. Usiadł obok mnie, odgarniając niesforny kosmyk włosów, który opadł na moją twarz. Szlochałam.
- Marco, boję się go.- chlipnęłam, przytulając się do blondyna.
- Spokojnie, skarbie...- to słowo. Moje serce znów przyśpieszyło swój rytm. Nie, nie chcę. Nierówny oddech, szybsze bicie serca. Marco to wyczuł.- Marcela...- wstał ze swojego miejsca, idąc gdzieś. Niepokoiłam się. Gdzie on idzie? Marco... Po chwili przykucnął naprzeciw mnie.

*Marco*
Cały czas była niespokojna. Nie rozumiałem co jej się stało. To było jednocześnie dziwne i niepokojące. Jeszcze nigdy nie widziałem Marceliny w takim stanie. Strasznie się o nią bałem, byłem wręcz przerażony jej zachowaniem. Kiedy wypowiedziałam te dwa zwykłe słowa, blondynka jeszcze bardziej się zdenerwowała. W ogóle mogę tak nazwać jej zachowanie?
Szybko wróciłem do Polki, kucając naprzeciwko niej. Złapałam delikatnie za twarz, po czym zacząłem wycierać ją z krwi. Miała rozciętą dolną wargę, z której sączyła się krew. Na policzku wyraźnie odbita była czyjaś duża dłoń. Uderzył ją... Nie wiedziałem co mam zrobić. Nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Strasznie się bałem. Kto jej to zrobił?


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
I oto jestem! 
Jak podoba się kolejny rozdział? Moim zdaniem nie jest taki zły, nawet całkiem mi się podoba.
Spodziewaliście się takiego obrotu spraw? <mam nadzieję, że nie xD>
Już w następnyn rozdziale dowiecie się, kto jest tym tajemniczym mścicielem!

Do zobaczenia kochanie! ;* 

poniedziałek, 13 lipca 2015

Rozdział 75 ~ Daj się przytulić.

- Tak? 
- Oo, cześć kochanie moje.- trochę język mu się plątał. Słychać było, że jest lekko wstawiony. Wróciłam do dziewczyn, biorąc na głośnik. Te spojrzały na mnie nic nie rozumiejąc, na co ja poruszyłam tylko zabawnie brwiami.- Po co do mnie dzwonisz?- zapytał.
- To ty do mnie zadzwoniłeś.- odpowiedziałam,  uśmiechając się głupio. 
- Tak? A no tak.- przypomniał sobie.- A bo chciałem ci coś powiedzieć.- dodał.
- Co takiego?
- Bo ja cię bardzo kocham jednak uważam, że jesteś rozkapryszonym gówniarzem.
- Mhm, i co tam jeszcze wymyśliłeś?- zaśmiałam się, a ze mną dziewczyny. Wiedziałam bowiem, że jest nieźle pijany, a jutro już nie będzie pamiętał tego co mówił.
- Jak ja się urodziłem to ty dopiero po drabinie na dywan wchodziłaś.- wypalił, a ja usłyszałam śmiechy chłopaków. Czyli on też miał na głośniku.
- A ja mam to w głębokim poszanowaniu.- rzekłam, a dziewczyny śmiały się ze mnie jak i z Reusa. 
- Oj, kocie.- usłyszałam głos Mo. Mo? Mo? To Mo?- Nie fochaj się.- tak to on. To Moritz.. Moritz... Mój Mo. Mój blondasek. 
- Ups, nie lubię kotów. Nie pyknęło ci.- powiedziałam z nutką arogancji.
- Wybacz, ale psie do ciebie nie powiem.- zaśmiał się, a za chwile dotarła do mnie fala śmiechu dziewczyn i chłopaków.
- Jak nie do Marceli, to do kogo tak mówisz?- odezwał się Robert.
- Nie interere.- odpowiedział szybko.

*Następny dzień*
Nagle spostrzegłam, że nie jedziemy w tym kierunku co powinniśmy. Mianowicie blondyn powiedział, że jezioro znajduje się na obrzeżach miasta, a tymczasem jechaliśmy w stronę... No właśnie, w stronę lotniska.
- Co ty kombinujesz?- zapytałam, patrząc na Niemca. 
- Ja? Nic.- odparł całkiem spokojny. 
- Gadaj w tej chwili.- nakazałam, na co ten głupio się zaśmiał, ignorując moje słowa.
- Marco!- wrzasnęłam, widząc budynek lotniska.- Co ty sobie w ogóle wyobrażasz?- zapytałam zdenerwowana.
- Wiedziałem, że tak zareagujesz, dlatego nic ci nie mówiłem.- oznajmił.
- I masz zamiar dalej tak ciągnąć? Nie będziesz mi mówił o swoich planach, a ja będę się na to wszystko godziła?- zapytałam z wyrzutem.
- Nie. Tylko.. Kochanie zrozum, że im naprawdę zależy, żeby się w tobą pożegnać. Szczególnie Mo.- powiedział całkiem spokojny, łapiąc mnie za dłoń.
- A ty zrozum, że jeżeli tak ma być dalej to ja dziękuję.- rzekłam oburzona, po czym wyszłam z samochodu, trzaskając drzwiami.
- Marcela!- krzyknął za mną, zamykając samochód. Zatrzymałam się, czekając na blondyna, ponieważ nie chciałam robić zamieszania. Stwierdziłam, że nie ma sensu, więc odpuściłam. Kiedy był już przy mnie, chciałam ruszyć, jednak ten stanął przede mną, zagradzając mi tym samym drogę.
- Przesuń się.- burknęłam.
- Skarbie..- wymruczał, chcąc coś jeszcze powiedzieć, jednak ja mu przerwałam.
- Żadne skarbie.- założyłam ręce na piersi.
- Chciałem dobrze... I jak zwykle wyszło źle.- burknął, idąc przed siebie. Dorównałam mu tępa, będąc bardzo blisko niego, tak że nasze dłonie co chwile się ocierały o siebie. Wiedziałam, że blondyn długo nie wytrzyma i za chwile złapie mnie za rękę. Tak też się stało. Uśmiechnęłam się ze swojego zwycięstwa. Byłam górą.
- Przestań!- powiedział po jakimś czasie. Nie wiedziałam o co mu chodzi, ale po chwili dodał.- Przygryzasz wargę.- mruknął, na co ja zachichotałam.
- Marcela...- usłyszałam nagle jakiś głos. To był głos...
- Chłopaki.- uśmiechnęłam się, odwracając w ich stronę. Przede mną stali Mario i Moritz. Wtorek. Dzisiaj wylatuje... Podszedł do mnie Mario, przytulając ile miał tylko sił.
- Mario ja...- wydusiłam.- Nie mogę oddychać.- dodałam szeptem.
- No już, już. Bo mi ją udusisz.- zaśmiał się Marco, przyciągając mnie do siebie i obejmując w talii. Wiedziałam, że teraz przyszła kolej na Moritza, jednak ja nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy. Nie byłam przygotowana na pożegnanie z nim. 
- Marcela, możemy porozmawiać?- zapytał, na co pokiwałam twierdząco głową.- W cztery oczy?- dodał. Odeszłam od Marco i Mario, a za mną blondyn. Pomiędzy nami zapadła głucha cisza. Nie rozumiem. Po co chciał rozmawiać, skoro teraz nic nie mówi? 
- Tamten pocałunek... Tamte pocałunki.- powiedział niepewnie. Wahał się. 
- Nie powinny mieć miejsca.- dokończyłam.
- Nie. Ja... Chcę, żebyś wiedziała, że.. Że ja nie żałuję.- chciałam mu przerwać, jednak nie pozwolił mi.- Daj mi dokończyć.- bawił się swoimi palcami.- Lisa ze mną zerwała... Wiem, że pomiędzy nami nie będzie.. Wiem, że jesteśmy tylko przyjaciółmi.- mówił tak przygnębiony.
- Moritz...- ta rozmowa była dla mnie strasznie trudna i wiele mnie kosztowała.- Jesteś dla mnie bardzo ważny, ale jesteś tylko przyjacielem. Ja... Kocham tego farbowanego głupca. Nie chcę, żeby się o tym dowiedział. Nie chcę go zranić.- wlepił wzrok z podłogę. Na chwile zapanowała pomiędzy nami cisza, którą przerwał.
- Niesamowicie całujesz.- wyznał nagle, uśmiechając się uroczo i spoglądając na mnie kątem oka. 
- Przestań.- rzekłam poważnie.- I nie dawaj Marco powodów do zazdrości.- dodałam.
- Co masz ma myśli?- zapytał szybko.
- "Oj, kocie."- powtórzyłam jego słowa.
- Byłem pijany.- powiedział obojętnie.- Poza tym to były żarty.- dopowiedział.
- Nie ważne. Proszę, nie rób tak więcej.
- Cysia...- marzyłam, by to usłyszeć z jego ust. Kolejny raz. Spojrzałam na niego kątem oka, nie chcąc utrzymać z nim większego kontaktu wzrokowego. Podszedł do mnie, ujmując moją twarz w dłonie. Patrzył w moje oczy, nie wiedząc co ma powiedzieć. Chciałam go odepchnąć od siebie, jednak ten nie pozwolił mi na to. 
- Daj się przytulić.- wyszeptał. Spojrzałam w jego oczy i odpłynęłam. Wiedziałam, że tak będzie! W końcu odpuściłam i dałam się mu przytulić. Biło od niego takie ciepło, którego jeszcze nie czułam od blondyna. Po moim policzku zaczęły lecieć słone łzy.- Nie płacz.- powiedział, wycierając łzy z moich policzków.
- Przykro mi z powodu Lisy.- mruknęłam.
- Tak będzie lepiej.- rzekł, a po chwili wywołali lot Mo i Mario. Oczywiście lecieli osobnymi samolotami.
- Powodzenia.- odparłam, zbliżając się do niego, by po chwili pocałować go w policzek.
- Będę tęsknił.- dodał, przytulając mnie jeszcze ostatni raz.

Przytuliłam się do blondyna, stojącego obok mnie, by po chwili pomachać piłkarzom.
- No już. Nie płacz.- chłopak spojrzał prosto w moje oczy, wycierając moje policzki z łez.
- Chodźmy już.- powiedziałam i zgodnie z moją prośbą ruszyliśmy do wyjścia, by już kilka minut później być w drodze nad jezioro. 
- Stało się coś?- zapytał nagle.
- Nie, czemu pytasz?
- Agata mówiła, że jakoś dziwnie się wczoraj zachowywałaś.- odparł, a ja już wiedziałam czemu tak nagle Marco i bratowa ucichli, kiedy weszłam do salonu. Pokręciłam tylko głową.
- Znów dostałam karteczkę.- rzekłam, nie patrząc na blondyna.
- Co? Ale kiedy?- zapytał, zwalniając. 
- Marco, proszę cię. Daj mi spokój. Nie chcę o tym rozmawiać.- chciałam wykręcić się z tej niekomfortowej rozmowy. Powoli zaczynała boleć mnie głowa. 
- Nie wykręcaj się.- chciał kontynuować rozmowę, jednak ja nie czułam się zbyt dobrze, przez rozmowę z Marco. Musiałam na chwile wyjść na zewnątrz i zaczerpnąć świeżego powietrza. 
- Zatrzymaj się.- odezwałam się. 
- Nie. Najpierw porozmawiamy. Poza tym za jakąś godzinę powinniśmy być na miejscu.- oznajmił.
- Marco, proszę.- spojrzałam na niego błagalnym wzrokiem, na co ten pokręcił głową, zjeżdżając na pobocze. Wyskoczyłam z auta blondyna, opierając się o nie. Strasznie źle się poczułam, i to tak nagle.
- Kochanie, wszystko okey? Zbladłaś.- ujął moją twarz w dłonie. 
- Niedobrze mi.- powiedziałam, a Marco wyjął z samochodu butelkę wody, po czym podał mi ją.
- Napij się.- odparł, bacznie mi się przyglądając.- Co było napisane na tej karteczce?
- "Będziesz błagać mnie o śmierć".- powiedziałam. Dokładnie zapamiętałam te słowa. Były okropne. Po moich policzkach zaczęły płynąć łzy.- Marco, boję się.- odparłam, drżącym głosem. Strasznie boję, cholernie boję.
- Nie bój się. Kiedy wrócimy do Dortmundu od razu zgłosimy to na policję.- oznajmił, przytulając mnie i całując w głowę.
- Ale...
- Nie ma żadnego ale. Rozumiesz? Nikt nie będzie ci groził.- ujął moją twarz w dłonie, patrząc prosto w moje oczy.-Pamiętasz co ci obiecałem? Ja dotrzymuje słowa.- pokiwałam tylko głową na tak i położyłam prawą rękę na jego szyi. Ten zbliżył swoją twarz do mojej, delikatnie muskając moje usta. Z każdym kolejnym pocałunkiem, coraz bardziej zatracał się w moich wargach. Z resztą ze mną było tak samo. Ostatni raz pocałował mnie wczoraj. Wiem. Może to głupie, ale każda minuta bez niego naprawdę nie jest taka jak każda minuta z nim. 
- Umm...- mruknęłam, kiedy położył swoją dłoń na mojej talii, mocno ją ściskając i przyciągając do swojego ciała. Cały czas byłam przyparta do samochodu. I dobrze, ponieważ moje nogi w jednej chwili zrobiły się jak z waty. Nagle zaczął dzwonić jego telefon. Dość niechętnie oderwaliśmy się od siebie, ale blondyn musnął jeszcze moje usta, na co ja uśmiechnęłam się szeroko. Wyjął telefon z kieszeni swoich spodni, po czym odebrał.
- Tak?... Ale to co się stało?... A no okey... To spotkajmy się na wyjeździe z Dortmundu... Za 10 minut?... Okey. To do zobaczenia.- mówił, po czym na koniec rozłączył się. Nie miałam zielonego pojęcia z kim rozmawia. Myślałam, że powie mi kto dzwonił, jednak ten nawet o tym nie pomyślał.
- Wsiadaj.- rzekł, sam wsiadając. Zrobiłam to o co mnie poprosił, by po chwili patrzeć jak włącza się do ruchu. 
- Kto dzwonił?- zapytałam.
- Kuba.- odpowiedział. Otwierałam już usta, by zadać pytanie 25 latkowi, jednak ten uprzedził mnie.- Odwołali lot do Polski i kolejny ma być dopiero za kilka dni. Więc spędzają "weekend" z nami.- powiedział. Uśmiechnęłam się tylko szeroko, na wiadomość, że spędzę trochę czasu z rodziną jak i chłopakiem.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Dziś nie będę wypowiadać się co do tego rozdziału. 
Uważam, jak uważam i nie będę tego tutaj pisać. 
Myślę, że do końca opowiadania zostało jakieś 15/20 rozdziałów, jak nie mniej. Nie wiem dokładnie. ;)
Tak więc do zobaczenia! ☺

piątek, 3 lipca 2015

Rozdział 74 ~ Ale ty mas wujka Marco.

- To co? Zbieramy się?- zapytał, podnosząc się. 
- Jasne.- zachichotałam z jego pośpiechu. Chyba naprawdę zależało mu na tym, by spędzić ze mną miło czas.
Czym prędzej pognał do swojej garderoby, a ja poszłam za nim, jednak zatrzymałam się w sypialni. Posprzątałam swoje ubrania, porozrzucane po pomieszczeniu, po czym wrzuciłam je do torby. Poszłam do łazienki, w której zostawiłam swoje kosmetyki. Wrzuciłam je do kosmetyczki, by już po chwili i ta wylądowała w torbie. Nie zajęło mi to wiele czasu, więc podążyłam do salonu, czekając na Marco. Minęło może 20 minut, kiedy usłyszałam jego głos. Prawie się poplułam wodą mineralną, którą właśnie piłam, słysząc jego pytanie...
- Tak, możesz tak wyjść.- prawie wydusiłam z siebie te słowa. Nie mogłam powstrzymać swojego napadu śmiechu.
-  Z czego się śmiejesz?- zapytał, nie rozumiejąc mojego rozbawienia.
- Z ciebie.- odpowiedziałam szybko.- Zachowujesz się gorzej niż kobieta.- stwierdziłam.
- Nie prawda.
- Właśnie prawda. Fryzura, ubrania, dziwne, że jeszcze nie robisz makijażu.- prychnęłam.
- Kochanie, nie tylko ty w tym związku dbasz o wygląd.- cmoknął mnie w polik.
- Oho, zastanawiam się, kiedy zaczniesz szykować się na jakiekolwiek wyjście, dwie godziny przed.- zachichotałam.
- Tak, nabijaj się. Proszę bardzo.- założył ręce na piersi.
- Z kogoś muszę.- wywaliłam mu język.
- Jedziemy czy będziemy tak gadać?- zapytał zniecierpliwiony. Pokiwałam tylko głową, po czym wyszliśmy z domu blondyna, kierując się do jego samochodu. Kiedy dojechaliśmy na miejsce, wysiadłam z samochodu, a zaraz za mną piłkarz. Złapał mnie za rękę, po czym ruszyliśmy w stronę drzwi. Weszłam do domu, rzucając torbę obok szafki w przedpokoju.
- Jestem!- krzyknęłam, by po chwili zobaczyć zbiegającego ze schodów brata. Niespodziewanie przytulił mnie, tak że nie mogłam wydusić z siebie słowa. To było dziwne. 
- Jak tam noc minęła?- zapytał, na co Marco prychnął śmiechem. 
- Bardzo przyjemnie.- odpowiedziałam.- Nie uwierzysz co robiliśmy...- dodałam, na co Kuba spojrzał na mnie przenikliwym spojrzeniem, a Marco nie dowierzał.- Spaliśmy.- poruszyłam zabawnie brwiami, na co mój brat pokręcił tylko głową. Po chwili poczułam ręce Marco oplatające moją talie. Cmoknął mnie w policzek, cicho chichocząc. No ale prawdę mu powiedziałam. W nocy spaliśmy. Tylko wieczorem się kochaliśmy. Czysta prawda. 
Wszyscy poszliśmy do salonu, a po niecałych dziesięciu minutach doszła do nas Agata. Oliwia zasnęła, więc mieliśmy chwile, by pogadać. Jeszcze w samochodzie w drodze do domu bratowej i Kuby, poprosiłam blondyna, żeby nic nie mówił o karteczce od nieznajomego, bratu. Po prostu nie chciałam, żeby się martwił. Rozmawiając  Agata oznajmiła mi i Marco, że wyjeżdżają na kilka dni do Polski. My również powiadomiliśmy ich o naszych planach, mówiąc, że mieliśmy nadzieję, że pojadą z nami. Miałam wrażenie, że Marco ucieszył się na wiadomość, że małżeństwo nie będzie mogło wybrać się na wycieczkę z nami. 
Po około godzinie Marco musiał już iść. Pożegnał się z Agatą i Kubą, a ja odprowadził go do samochodu.
- Będę jutro o 16, dobrze?- zapytał, opierając się o swój samochód. Złapał mnie za ręce, przyciągając mnie do siebie, po czym objął mnie w talii.
- Jasne. A możesz powiedzieć chociaż gdzie jedziemy?- spytałam, przygryzając dolną wargę. 
- Nad jezioro.- odpowiedział, po czym położył dłoń na mojej szyi, przyciągając moją twarz do swojej. Przywarł swoimi wargami do moich, nie zważając na to, że ktoś może to zobaczyć.
- Nie wytrzymałbyś do jutra, prawda?- zachichotałam.
- Oczywiście, że nie.- uśmiechnął się szeroko. Po chwili zobaczyłam błysk flesza aparatu.
- Oho, jutro będziemy o sobie czytać?- zaśmiałam się głośno.
- Najwidoczniej.
- Ciekawe co napiszą tym razem.- zastanawiałam się na głos.
- Prawdę?- bardziej zapytał niż oznajmił, unosząc jedną brew ku górze.
- Z pewnością.- uśmiechnęłam się.- Jedź już.- pogoniłam go.
- Oo, wygania mnie. Jadę. Pa.- odparł, po czym cmoknął mnie przelotnie w usta i wszedł do auta. Natomiast ja podążyłam w stronę domu. Próbowałam nie zwracać uwagi na paparazzi, jednak oni nie dawali za wygraną. Chyba będę musiała się do tego przyzwyczaić. Chociaż nie będzie to łatwe. Nigdy nikt nie chodził za mną i nie robił zdjęć. Częściej to ja był po tej drugiej stronie aparatu. Jednak teraz to się zmieni. Jestem z piłkarzem Borussii Dortmund. Jednym z najlepszych piłkarzy w Niemczech. Cóż mam poradzić?

Weszłam do domu, od  razu idąc do swojego pokoju. Małżeństwo wraz z Oliwią, wylatują dopiero jutro o 15, więc będę miała jeszcze trochę czasu, aby z nimi posiedzieć, porozmawiać. Najpierw jednak postanowiłam poszukać dla siebie jakiegoś mieszkanka. Już od dawna myślałam nad kupnem czegoś dla siebie. Dobrze byłoby mieć swoje cztery ściany, swój kąt. Po jakimś czasie znalazłam parę fajnych mieszkań, a ich cena nie była aż tak duża jak wcześniej myślałam. A co najlepsze były one niedaleko domu Kuby i Agaty. Postanowiłam, że niebawem...
- Mogę na chwile?- usłyszałam głos mojego brata. 
- Mhm.- powiedziałam, przymykając laptopa. Spojrzałam na miejsce naprzeciwko siebie, sugerując, żeby blondyn usiadł. Tak też zrobił.
- Mam prośbę. Poszłabyś do sklepu? Agata mi truje, a za chwile Łukasz i Mats mają wpaść.
- Ehh, co ty byś beze mnie zrobił.- pokręciłam głową.
- Czyli pójdziesz?- zapytał, zacierając ręce.
- Pójdę.- zaśmiałam się.- Tylko co mam kupić?- spytałam, wstając.
- Agata ci powie.- uśmiechnął się, wychodząc z pokoju i idąc do kuchni.
- Co mam kupić?- spytałam bratowej.
- Ale... Kuba ty miałeś iść!- krzyknęła do swojego męża.
- Marcela się zaoferowała, kochanie!- odkrzyknął, na co ja cicho zachichotałam.
- Dobra, to co mam kupić?- zapytałam, opierając się o wyspę kuchenną.
Pół godziny później wracałam już do domu. Szłam ulicami Dortmundu, patrząc na przechodniów. Niektórzy z nich patrzyli na mnie w taki dziwny sposób. A może mi się tylko zdawało? Możliwe. Po chwili usłyszałam jakiś nieznajomy mi głos.
- Proszę pani! Proszę poczekać!- krzyknął za mną, na co odwróciłam się. Chłopak miał może 12/13 lat.
- Tak?
- Proszę.- podał mi jakąś karteczkę.
- Ale po co mi to?- zapytałam.
- Ten pan kazał mi to pani dać.- wskazał w jakieś miejsce, jednak nikogo tam nie było.
- Yy, dziękuję.- powiedziałam zakłopotana, a ten odbiegł. Rozłożyłam karteczkę, która była złożona. Czyżby byłaby to sprawka tajemniczej osoby, która chce mnie nastraszyć? Tak, tyleże tym razem przesadził. Grubo przesadził. Czym prędzej skierowałam się w stronę domu, chcąc pokazać to bratu. Wiedziałam, że sobie z tym nie poradzę sama, mimo iż myślałam tak na początku. Gdy doszłam do domu małżeństwa, postawiłam torbę z zakupionymi produktami obok szafki, po czym zdjęłam buty. Usłyszałam odgłosy, dochodzące z salonu. Przypomniałam swoje słowa brata, że mają wpaść chłopaki. Stwierdziłam, że nie będę zawracać Kubie głowy, dlatego czym prędzej pognałam do kuchni. Odłożyłam torbę z zakupami na blacie, po czym wzięłam się za ich rozpakowywanie. Myślami byłam zupełnie gdzieś indziej, czego dowodzi zaistniała sytuacja. Agata od kilku minut mówiła do mnie, a ja dopiero przed chwilą ocknęłam się.
- Co? A tak, tak.- odpowiedziałam szybko.
- Marcela, co jest?- zapytała, łapiąc mnie za ramie.
- Nic. A tak w ogóle to wpadnie ktoś jeszcze?- odpowiedziałam pytaniem, chcąc uniknąć tej niewygodnej dla mnie rozmowy.
- Zmieniasz temat.- rzekła poważnie, zakładając ręce na piersi.- Ale nie, nikt już nie wpadnie.- odpowiedziała.
-  To dobrze.- uśmiechnęłam się lekko.- Oglądamy jakiś film?- zaproponowałam.
- Okey, czemu nie. Dawno nic nie oglądałam.- zaśmiała się.
Kiedy byłyśmy już u mnie w pokoju, Agata usiadła na łóżku, a ja włączyłam jakąś komedie. Laptop, który leżał na łóżku, odłożyłam na szafkę nocną, a sama położyłam się.
- Może być "Tysiąc słów"?- zapytałam.- Eddie Murphy w roli głównej.- dodałam.
- Jasne.- uśmiechnęła się. Film jeszcze dobrze się nie zaczął, a my usłyszałyśmy krzyk Oliwki. Spojrzałam na Agatę, a ta tylko wzruszyła ramionami. Po chwili do pokoju wbiegła 3 latka, rzucając się na łóżko. Zaczęła piszczek, co ja i Agata skwitowałyśmy śmiechem. Bratowa zaproponowała, że pójdzie zrobić popcorn, a my mamy być grzeczne.
- I co szkrabie? Jutro jedziesz do Polski i mnie zostawiasz.- powiedziałam, przytulając małą blondynkę. 
- Ale ty mas wujka Marco.- uśmiechnęła się szeroko, ukazując tym samym rząd śnieżnobiałych ząbków, na co ja zaśmiałam się. Kilka minut później Agata wróciła i zaczęłyśmy oglądać film.

***

Siedziałam w swoim pokoju przeglądając jeden z portali społecznościowych, na którym mam profil, kiedy ktoś zapukał. 
- Tak?- przymknęłam laptop, a w drzwiach ujrzałam Agatę.
- Idziesz ze mną do Cathy? Będą dziewczyny.- zapytała.
- Mogę iść. Daj mi 15 minut.- uśmiechnęłam się lekko. Blondynka wyszła, a ja czym prędzej podeszłam do szafy, by wybrać jakieś ubrania. Postawiłam na szare legginsy i delikatnie miętową bluzkę z rękawami 3/4. Do tego dorzuciłam kilka bransoletek i założyłam czarne sportowe buty. Natomiast włosy związałam w kucyka. Zrobiłam lekki makijaż i byłam gotowa. Przejrzałam się jeszcze w lustrze, twierdząc, że wyglądam całkiem dobrze. Wzięłam ze sobą torbę, do której wrzuciłam, co jasne najpotrzebniejsze rzeczy. Zeszłam na dół, gdzie już czekały na mnie Agata i Oliwka.

Wszystkie świetnie się bawiłyśmy, żartując, śmiejąc się i pijąc alkohol. Tak, alkohol. Kobiety też potrzebują czasem trochę procentów. Nagle mój telefon zaczął wibrować. Spojrzałam na ekran telefonu, śmiejąc się pod nosem. Odeszłam od dziewczyn na bok, odbierając. 
- Tak? 
- Oo, cześć kochanie moje.- trochę język mu się plątał. Słychać było, że jest lekko wstawiony. Wróciłam do dziewczyn, biorąc na głośnik. Te spojrzały na mnie nic nie rozumiejąc, na co ja poruszyłam tylko zabawnie brwiami.- Po co do mnie dzwonisz?- zapytał.
- To ty do mnie zadzwoniłeś.- odpowiedziałam, uśmiechając się głupio. 
- Tak? A no tak.- przypomniał sobie.- A bo chciałem ci coś powiedzieć.- dodał.
- Co takiego?
- Bo ja cię bardzo kocham jednak uważam, że jesteś rozkapryszonym gówniarzem.
- Mhm, i co tam jeszcze wymyśliłeś?- zaśmiałam się, a ze mną dziewczyny. Wiedziałam bowiem, że jest nieźle pijany, a jutro już nie będzie pamiętał tego co mówił.
- Jak ja się urodziłem to ty dopiero po drabinie na dywan wchodziłaś.- wypalił, a ja usłyszałam śmiechy chłopaków. Czyli on też miał na głośniku.
- A ja mam to w głębokim poszanowaniu.- rzekłam, a dziewczyny śmiały się ze mnie jak i z Reusa. 
- Oj, kocie.- usłyszałam głos Mo. Mo? Mo? To Mo?

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jestem dziś. 
Trochę szybciej niż zazwyczaj, ale cieszycie się? 
Mam nadzieję, że tak ☺ 
 Jak myślicie? Jak Marcela zareaguje na słowa Moritza? 
A karteczka? Co może na niej być? Jeżeli macie jakieś sugestie, to śmiało się nimi podzielcie ze mną!
A tutaj link do zdjęcia... Jestem adminką na tej stronce, więc jeżeli chcecie to śmiało możecie lajkować (y)

Do następnego! ☺

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rozdział 73 ~ Nie znasz życia?

Piłkarz uśmiechnął się tylko cwaniacko, zachłannie mnie całując. Popchnął mnie na oparcie łóżka, wręcz pozbawiając mnie zmysłów. Nie oderwał się od moich warg, nawet na sekundę. To było niesamowicie podniecające. Złapał za moje uda, przyciągając mnie jeszcze bliżej siebie. Zaczął całować moją szyję, po czym niespodziewanie wsunąć ręce pod moją sukienkę, by po chwili rzucić ją gdzieś za siebie. Uśmiechnął się szyderczo, powoli zsuwając się w dół na wysokość mojego brzucha, jego dłonie również zjechały na tę wysokość. Zaczął składać na nim mokre i krótkie pocałunki. Znów znalazł się na wysokości mojej twarzy. Pocałował mnie delikatnie. Czułam, że chce pokazać mi ile dla niego znaczę? A ile tak naprawdę znaczę? Może chce mnie tylko wykorzystać? Nie, na pewno nie. Szybko odgoniłam te myśli od siebie, skupiając się na moim ukochanym. Subtelnie wsunął ręce pod moje plecy, znajdując zapięcie od mojego biustonosza, by po chwile zwinnie go odpinając. Widocznie miał w tym niezłą wprawę. Zachichotałam tylko cicho, co od razu wychwycił. Zbliżył się do moich warg, składają na nich subtelny pocałunek. Zjechał dłonią po mojej talii na prawe biodro. Jego palec znalazł się pod cienkim materiałem moich majtek.
- Chcesz tego?- spojrzał mi prosto w oczy, tak jakby próbując coś z nich wyczytać.
- Tak.
- Na pewno?
- Tak.- odpowiedziałam krótko.
- W stu procentach?
- W dwustu.- powoli zaczął mnie denerwować.
- Na pewno?- powtórzył.
- Kurde, Reus...- zirytował mnie.
- Nie chcę na tobie niczego wymuszać.
- Chcę tutaj, teraz, z tobą, jasne?- uśmiechnęłam się lekko.
- Kocham cię, mój głuptasku.- powiedział, zabawnie się uśmiechając..

***

Leżałam wtulona w tors blondyna, dokładnie oglądając każdy jego tatuaż. Każdy wyrażał coś innego. Ja sama myślałam nad jakimś. Piłkarz bez przerwy się uśmiechał, co sprawiało mi przyjemność. Jego uśmiech był jak lek, jak promienie słońca w deszczowy, pochmurny dzień.
- Skarbie?- usłyszałam zachrypnięty głos blondyna. 
- Hmm..?- mruknęłam, jeżdżąc palcem po jego nagim torsie.
- Nie żałujesz, prawda?- cmoknął mnie w głowę.
- Nie, skąd przyszło ci to do głowy?- zapytałam, spoglądając na niego.
- Wcześniej byłaś taka niedostępna, zostałaś zgwa...- spuściłam głowę w dół. Zrobiło mi się smutno, mimo iż wiedziałam, że muszę zmierzyć się z prawdą i rzeczywistością. Czy tego chciałam czy nie.- Przepraszam.- powiedział po chwili.
- Nie, nie przepraszaj. Przecież to nie twoja wina..- rzekłam. Widziałam, że on nie wie co ma powiedzieć.- Wiesz.. Kiedy to do mnie doszło, obiecałam sobie, że żaden facet już mnie nie skrzywdzi. Żaden nie dotknie mnie w ten sposób. I wiesz? Nie wyszło mi to.- odparłam.- A ty... Jesteś jedyny, który dotykał mnie w ten sposób od tamtego momentu.- mówienie tego, sprawiało mi ogromny ból. Nienawidziłam o tym mówić, to było tak okropne jak to w jaki sposób potraktował mnie ten facet. Czytałam kiedyś, że kobiety po gwałcie, wolałyby umrzeć niż przeżyć to jeszcze raz. A ja? Ja nie mam pojęcia czy wolałabym umrzeć.
- Żaden facet cię nie skrzywdzi. Nikt. Obiecuję.- odparł, łapiąc za mój podbródek i unosząc moją głowę do góry. Pocałował mnie w czoło, przyciągając jeszcze bliżej siebie. Okrył dokładniej moje ciało kołdrą, a ja przytuliłam się do niego, nie wiedząc kiedy usnęłam.

***

Gdy się obudziłam na zegarku widniała godzina 8:23. Czyli już następny dzień. Wygramoliłam się z objęć blondyna, by kilka minut później zejść do jadalni. Spojrzałam na kuchnię, która nie wyglądała aż tak źle, jak sypialnia. Zgarnęłam swoją marynarkę, leżącą na wyspie. Położyłam ją na kanapie w salonie, po czym wzięłam się za ogarnięcie kuchni i jadalni. 
Kiedy już skończyłam ubrałam się i zrobiłam poranną toaletę. Chciałam zrobić śniadanie mi i blondynowi, jednak nie zobaczyłam w lodówce nic dobrego i przydatnego. Postanowiłam, że wybiorę się do sklepu i tak też zrobiłam.

Rozpakowując produkty, zakupione kilkanaście minut temu, zobaczyłam na dnie reklamówki, jakąś karteczkę. Początkowo chciałam ją wyrzucić do kosza, jednak dostrzegłam, że to nie jest paragon. Rozwinęłam karteczkę i zamarłam "Nie znasz mnie, ale poznasz Marcelino". To znów on. Znów ten jebany psychopata. Co mu zrobiłam? No co? Czym komuś zawiniłam? Oparłam się ręką o wyspę, czując jak robi mi się słabo. Z początku myślałam, że to jakiś głupi żart, jednak nie. Po chwili usłyszałam głos blondyna. 
- Kochanie, jesteś?- zapytał, schodząc ze schodów.
- W kuchni.- odpowiedziałam, pośpiesznie chowając karteczkę do tylnej kieszeni moich spodni.
- Co tam masz?- spytał, ujmując moją dłoń w swoją.
- Nic. Co miałabym mieć?- zapytałam, podejrzliwie, kładąc dłoń na jego torsie.
- Marcela...- skarcił mnie wzrokiem. Nie potrafię kłamać. Piłkarz zna mnie jak mało kto. Nie wiedziałam, gdzie mam podziać wzrok. Sięgnął dłonią do mojej kieszeni, wyjmując z niej karteczkę.- Kochanie, czemu mi nie ufasz?- zapytał po chwili, z takim bólem w głosie. Nie cierpiałam tego. To tak cholernie bolało... Nie potrafiłam spojrzeć w jego oczy. 
- Ufam.- przytuliłam się do Niemca.- Cholernie ufam.- szepnęłam.
- Dlaczego nie chciałaś mi powiedzieć?- spytał, odciągając mnie od swojego ciała. Nie chciałam patrzeć mu w oczy. Nie wiedziałam co mam mu odpowiedzieć.- Marcela...- pokręcił głową.
- Przepraszam.- spuściłam głowę. 
- To nie Ty tutaj zawiniłaś, nie przepraszaj.- przejechał palcem po moim policzku.
- Jak nie ja? Marco to tylko moja wina.- wydostałam się z jego objęć.- Tylko. To ja coś zrobiłam temu człowiekowi. Przecież nie uczepił się mnie od tak.- gestykulowałam dłońmi.
- Skarbie, to nie jest twoja wina.- podszedł do mnie, łapiąc za dłoń i całując ją. 
- Marco... Co ja mam zrobić?- przytuliłam się do niego. Byłam bezsilna. 
- Chodźmy na policję.- powiedział stanowczo.
- Błagam cię. Nie znasz życia? Zanim oni zaczną działać, ja dowiem się kim jest ten człowiek.
- W takim razie co chcesz zrobić?
- Jeszcze nie wiem. Muszę to przemyśleć.- złapałam się za głowę, a Niemiec przyciągnął mnie do siebie przytulając.
- Chodź, zrobię śniadanie.- złapałam go za rękę, prowadząc za sobą do kuchni.
- Co będziemy jeść?- zapytał, obejmując mnie w talii.
- Na pewno nic tuczącego. Trochę ci się przytyło, muszę cię pilnować.- zaśmiałam się, klepiąc go po brzuchu.
- Ej, ej.- pogroził mi palcem.- Wcale mi się nie przytyło. Teraz po prostu mniej ćwiczę.- wyjaśnił szybko.
- Mhm, gadaj sobie.- odparłam, lekceważąco. Wyjęłam wszystkie potrzebne rzeczy, jak to zawsze robię, po czym wzięłam się za przygotowywanie śniadania dla mnie i blondyna.
Kończąc sałatkę, poprosiłam blondyna, aby nakrył do stołu. Postawiłam nasze talerze, siadając na swoim miejscu.
- Z czym to?- zapytał, jakby nie ufając mi.
- Sałatka z roszponką, mozzarellą i suszonymi pomidorami. Smacznego.- powiedziałam, jednak widząc minę Marco, dodałam.- Nie bój się. Nie zatrujesz się.- zaśmiałam się, biorąc do ust kawałek pokrojonego pomidora.

Po skończonym śniadaniu, posprzątałam w kuchni, ponieważ był tam lekki bałagan. Kiedy skończyłam, ruszyłam w stronę Reusa. Usiadłam na kanapie, po czym położyłam się, kładąc głowę na jego kolanach. Leżeliśmy tak w ciszy dłuższą chwilę. Było słychać tylko bicie naszych serc. Lubiłam taką ciszę, niebiańską ciszę. Wpatrywałam się tępo w biały sufit, nie wiedząc co powiedzieć. Może po prostu nie chciałam nic mówić? Widziałam, że Marco nad czymś myśli.
- Kocham cię, wiesz?- zapytał znienacka. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć. Oczywiście, też go kocham.- Nawet nie wiesz jak bardzo.- spojrzał na mnie, spojrzeniem pełnym niewiedzy.- Wiem, że to może za wcześnie, ale nigdy żadnej kobiety nie kochałem bardziej od ciebie. W żadnej tak bardzo się nie zakochałem. Żadna nie była tak wyjątkowa.- dodał, wpatrując się w ekran telewizora. Podniosłam się, chcąc coś powiedzieć, jednak blondyn mnie uprzedził.
- Może i moje życie jest idealne,  ale nie wyobrażam sobie, żeby zabrakło w nim ciebie.- spojrzał na mnie. Nie wiedziałam co mam mu powiedzieć. To było naprawdę miłe i urocze.
- Marco...- położyłam dłoń na jego szyi, gładząc palcem policzek piłkarza.- Ja ciebie też kocham.- powiedziałam, uśmiechając się do niego lekko. 
- Ja ciebie bardziej.- wyszczerzył się.
- Nie prawda..- nie pozwolił mi dokończyć.
- Ja bardziej.
- Udowodnić ci?- zapytałam.
- Chętnie.- poruszył zabawnie brwiami i delikatnie mnie pocałował powoli kładąc na kanapie. Wplotłam ręce w jego blond czuprynę, tak jakby bojąc się, że mi ucieknie. Mimo, iż wiedziałam, że tego nie zrobi. Zbyt bardzo był zajęty moimi wargami. Z dnia na dzień coraz bardziej go kochałam. Zakochiwałam się w nim na nowo. Poznawałam na nowo... Jeszcze raz. Zatracałam się w nim na dobre. Z każdym dniem coraz bardziej. Gdyby ktokolwiek kilka miesięcy temu powiedział mi, że będę z tym Marco Reusem, tak szczęśliwa... Wyśmiałabym go.
- Skarbie...- szepnął, bawiąc się palcami, mojej dłoni.- Mam taki pomysł.- zawahał się.
- No mów.- poganiałam go.
- Niedługo wyjeżdżamy na obóz przygotowawczy i tak sobie pomyślałem..
- Pomyślałeś?- zaśmiałam się. 
- No pomyślałem, że możemy wybrać się w pewne miejsce. Tylko ty, ja, Kuba, Agata i Oliwka. Co ty na to?- zapytał uśmiechając się szeroko. 
- Hmm, niezły pomysł. Tylko musimy powiedzieć o tym Agacie i Kubie, bo mój braciszek wspominał coś, że wyjadą na kilka dni do Polski.- oznajmiłam.
- To co? Zbieramy się?- zapytał, podnosząc się. 
- Jasne.- zachichotałam z jego pośpiechu. Chyba naprawdę zależało mu na tym, by spędzić ze mną miło czas.
Czym prędzej pognał do swojej garderoby, a ja poszłam za nim, jednak zatrzymałam się w sypialni. Posprzątałam swoje ubrania, porozrzucane po pomieszczeniu, po czym wrzuciłam je do torby. Poszłam do łazienki, w której zostawiłam swoje kosmetyki. Wrzuciłam je do kosmetyczki, by już po chwili i ta wylądowała w torbie. Nie zajęło mi to wiele czasu, więc podążyłam do salonu, czekając na Marco. Minęło może 20 minut, kiedy usłyszałam jego głos. Prawie się poplułam wodą mineralną, którą właśnie piłam, słysząc jego pytanie...


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jestem z kolejnym rozdziałem! 
Podoba się? Szczerze? Moim zdaniem nie jest taki zły, ale to Wy ocenicie.
Ja już nie przedłużam i czekam na Wasze opinie ☺
Do zobaczenia! ;*

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział 72 ~ Będę pierwszy, fujaro.

*Marcelina*
Stałam w przedpokoju, patrząc na blondyna, który zakładał buty.
- Telefon!- odparł tak jakby został oświecony.- Kochanie, przyniesiesz mi go? Nie chce mi się już zdejmować butów.
- Jasne.- odparłam i pobiegłam do mojego pokoju. Telefon blondyna leżał na łóżku. Złapałam za niego i wróciłam do piłkarza.- Niedługo to głowę zgubisz.- zażartowałam, podając chłopakowi komórkę.
- Pewnie czekasz na jakieś dziękuję?- zaśmiał się. 
- Czy ja wiem...- wzruszyłam ramionami, zbliżając się do ukochanego. Ten położył dłonie na moich biodrach, przyciągając mnie jeszcze bliżej siebie. Uśmiechnęłam się szeroko, kładąc dłoń na jego szyi. Nie czekałam na kolejny jego krok, tylko pocałował go.
- Chyba ci się nie śpieszy do domu?- zachichotałam.
- Średnio.- wzruszył ramionami.- Zapomniałbym.- powiedział, kiedy miał już wychodzić.
- Wpadnę po ciebie o 18. Załóż coś seksownego.- wyszeptał mi zmysłowo do ucha. Uśmiechnęłam się. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Przez chwilę nie mogłam nic wydusić z siebie, a kiedy już chciałam coś powiedzieć to blondyna już nie było w domu..

Od czego mam zacząć? Może od tego, że jest godzina 16:23, a ja jestem w totalnym proszku. Nie mam zielonego pojęcia od czego mam zacząć. Do cholery! Marcela! Czego ty się tak obawiasz? Zaczęłam od szybkiego prysznicu. Kiedy zrobiłam wszystkie niezbędne czynności, wyszłam spod prysznica, owijając swoje ciało jedwabnym ręcznikiem, po czym dokładnie je wytarłam. Założyłam bieliznę, podchodząc do lustra. Spojrzałam na swoje odbicie. Nie przypominałam już tej dziewczyny sprzed kilku dni. Teraz uśmiechnięta, wcześniej cały czas smutna. Płakałam, teraz patrzę z optymizmem w przyszłość. Mam u swojego boku faceta, którego kocham i tylko to się liczy. Mam rodzinę, która jest dla mnie najważniejsza. Bo gdyby nie byłoby ich, nie byłoby również mnie. Nie byłabym tą osobą, którą jestem teraz. Jestem inna. Zmieniłam się. Ale na dobre? Oparłam ręce o umywalkę, przyglądając się swojemu odbiciu. Denerwowałam się. Ale czego? Przecież to zwykłe spotkanie. Taa.. Gdyby takie było nie mówiłby Załóż coś seksownego. Może chce mi się oświadczyć? Nie, nie, nie. Na pewno nie. Zdecydowanie za krótko się znamy. Nawet nie wyobrażam sobie, że mógłby przede mną uklęknąć i spytać czy zostanę jego żoną. Szybko odgoniłam te myśli od siebie, sięgając po kosmetyczkę. Postanowiłam zacząć od makijażu. Zajął mi on niecałe 40 minut. Ale chyba opłacało się tyle przy nim siedzieć, bo nie jest aż tak źle, jak wcześniej myślałam. Następnie, podłączyłam suszarkę, by lekko dosuszyć włosy, ponieważ były już prawie suche. Kiedy skończyłam, wzięłam się za ich prostowanie. Najlepiej czułam się w takich. Kiedy skończyłam, weszłam do swojego pokoju, podchodząc do łóżka. Leżała na nim czerwona, lekko kusa sukienka <tylko sukienka>, którą zamierzałam dziś włożyć. Nie była, aż taka zła, nawet podobała mi się. Agacie bardzo się spodobała i jak to ona powiedziała Spodobasz się w niej Reusowi!. Więc co miałam zrobić? Kupiłam ją. Specjalnie na dzisiejszy wieczór. I jeżeli Reus będzie miał do niej coś, to obiecuję, że wyjdę. Założyłam ją na siebie, po czym usiadłam na łóżku. Wzięłam do ręki czarne szpilki, które miałam już kilka razy na nogach, po czym założyłam je. Powiem szczerze, że za bardzo nie lubię chodzić w szpilkach, jednak te są bardzo wygodne i przekonałam się do nich, jakkolwiek by to zabrzmiało. Wstałam, podchodząc do lustra i przeglądając się w nim. Nie wyglądałam, aż tak źle. Chyba odpowiednio.. Do małej czarnej torebki, wrzuciłam niezbędne rzeczy takie jak telefon.
Wygrzebałam z szafy, jakąś czarną większą torbę, by za chwile włożyć do niej najpotrzebniejsze rzeczy na jutrzejszy dzień. Wiedziałam bowiem, że Reus nie pozwoli mi wrócić do domu. Za dobrze go znam. Na koniec zarzuciłam na siebie czarną marynarkę i byłam gotowa. Spojrzałam na zegarek, wiszący na ścianie. Wskazywał godzinę 17:48. Zeszłam na dół, biorąc obie torby. Postawiłam je przy szafce w przedpokoju, po czym skierowałam się do salonu. Usiadłam na fotelu, włączając telewizor. Niedługo potem na kanapę rzucił się Kuba, uśmiechając się głupio. Próbowałam udawać, że tego nie widzę, jednak nie wychodziło mi to.
- Co żeś się tak wystroiła?- zapytał.
 - Nie interesuj się tak, braciszku.- cmoknęłam do niego ustami.
- Czyżby szykowała się romantyczna kolacja z Reusem?- poruszył zabawnie brwiami, na co ja nie zareagowałam. Pokręciłam tylko głową z niedowierzaniem.
- Brałeś coś?- spytałam patrząc na niego z politowaniem.
- Ja? No skądże.- prychnął.
- Aa, nie wracam na noc. - oznajmiłam, ponieważ nie chciałam, żeby mój brat miał do mnie jakieś pretensje, że nic mu nie powiedziałam.
- Domyśliłem się. Nie jestem aż takim głupcem za jakiego mnie masz.- sarknął, na co ja już nic mu nie odpowiedziałam, tylko zagłębiłam się w jeden z niemieckich seriali. Nie za bardzo lubiłam je oglądać. Poza tym nie miałam wiele czasu. Niedługo później usłyszałam dzwonek do drzwi. Spojrzałam na zegarek, który wskazywał godzinę punkt osiemnastą.
- Będę pierwszy, fujaro.- zaśmiał się mój brat i ruszył do wyjścia. Idiota! Ludzie to naprawdę mój brat?
- Upojnej nocy życzę.- szepnął mi do ucha Kuba, kiedy wychodziłam z domu.
- Ty naprawdę coś brałeś!- rzuciłam, zatrzaskując drzwi.
- Spokojniej.- krzyknął jeszcze do mnie przez drzwi, głupio się śmiejąc, na co pokręciłam głową.
Wsiadłam do samochodu, a chwilę później obok mnie siedział blondyn. Odpalił samochód, nie odzywając się ani słowem.
- Pasy.- odparłam, sama je zapinając.
- Przepisowiec.- rzucił, uśmiechając się głupio. Po chwili ruszyliśmy spod domu mojego brata. Oparłam się o szybę, co chwilę spoglądając na Reusa. Cały czas się uśmiechał. Myślał, że nie widzę, jednak ja jestem spostrzegawcza. Przez dłuższą chwilę lustrowałam go wzrokiem. Miał na sobie białą koszulę, czarną marynarkę zapiętą na dwa guziki, czarne ala rurki oraz zegarek. Zdziwiłabym się gdyby go nie miał. On praktycznie zawsze nosi zegarek na ręce.
- Czemu tak na mnie patrzysz?- zapytał, nie odrywając wzroku od jezdni.
- Jak?
- Tak inaczej.
- To znaczy?- dopytywałam.
- No... Tak dziwnie.- spojrzał na mnie.
- Patrz na drogę.- powiedziałam stanowczo, na co blondyn już mi nie odpowiedział. Uśmiechnęłam się tryumfująco. Miałam ogromną satysfakcje z tego, iż nie wiedział co mi odpowiedzieć. Kiedy zatrzymał samochód, czym prędzej podszedł do mnie, otwierając mi drzwi.
- Założyłaś szpilki, mmm...- zamruczał do mojego ucha, przygryzając swoją dolną wargę.
- Jeżeli chcesz to mogę założyć trampki. Mam w torbie.- chciałam się wyrwać z jego uścisku, jednak ten nawet o tym nie myślał.
- Ani mi się waż.- zakazał, grożąc mi palcem.- Masz tak piękne nogi, a w tych szpilkach wyglądasz obłędnie.- musnął moje wargi.
- Nie pośliń się.- prychnęłam, na co Niemiec głośno się zaśmiał. Nic nie odpowiedział tylko złączył nasze dłonie, prowadząc mnie do jadalni. Chwilę później stał przede mną z białą różą w dłoni.
- Skąd wiedziałeś?- spytałam, przytulając się do niego, bowiem kochałam białe róże.
- Intuicja, kotku.- cmoknął mnie w głowę. Odsunął krzesło, sugerując bym usiadła przy stole. Tak też zrobiłam.

- Pozmywam.- odparłam, wstając od stołu. Wzięłam dwa talerze, idąc w stronę kuchni.
- Marcela! Zwariowałaś? Nawet o tym nie myśl.- podszedł do mnie, zabierając talerze.
- Marco, daj spokój. To nic takiego, nie dramatyzuj. Poza tym nie lubię bałaganu.
Ten nic nie odpowiedział, tylko podgłośnił piosenkę lecącą w tle, po czym złapał mnie w talii, kołysząc w rytm piosenki. Specjalnie to zrobił! Tylko po to, żeby było tak jak on chce. Odwróciłam się w jego stronę, zarzucając ręce na jego szyję. Uśmiechnęłam się do niego. Po jakimś czasie, piosenka zaczęła się zacinać. Odwróciłam głowę w stronę odtwarzacza, jednak niepotrzebnie, ponieważ było to chwilowe. Kiedy z powrotem odwróciłam się twarzą do piłkarza, ten niespodziewanie przywarł swoimi wargami do moich. Odwzajemniałam pocałunek, natomiast Marco złapał za moje uda, podnosząc mnie na odpowiednią wysokość, a ja zaplotłam nogi na jego biodrach, przez co moja sukienka się podwinęła. Widocznie liczył na coś więcej, a ja nie zamierzałam na tym poprzestać. Oderwał się ode mnie, uśmiechając się szyderczo, po czym odsunął wszystko co leżało za mną na blacie. Szklana miska spadła do zlewu, rozbrzmiał się cichy huk. No cóż... Będziemy musieli się wybrać do sklepu, ponieważ owy blondyn wyszczerbił naczynie.
- Ups.- zaśmiał się, na co ja tylko prychnęłam, kręcąc niedowierzająco głową. Jak dziecko... Posadził mnie na blacie, okładając moją szyję gorącymi pocałunkami, na co ja odchyliłam głowę do tyłu. Marco zaczął ssać w jednym miejscu, skórę mojej szyi. Nagle złapał opuszkiem palca mój podbródek i opuścił moją głowę lekko w dół, wpijając się w moje usta z pełną zachłannością. Kiedy oderwał się od moich spragnionych warg, zdjął moją marynarkę, rzucając ją za siebie.
- Zrobiłeś mi malinkę, głupku!- uderzyłam go w ramie, chichocząc.
- Twój głupek.- szepnął mi zmysłowo do ucha, odgarniając kosmyk włosów, który opadł na moją szyję. Delikatnie musnął swoją dłonią, miejsce, które kilka chwil temu pieścił swoimi ustami. Pocałował, po czym dmuchnął w podrażnione miejsce.
- My stupid boyfriend!- krzyknęłam, wybuchając śmiechem.
- My crazy girlfriend!- zawtórował mi.
Zsunął mnie z blatu, zaplatając moje nogi wokół swoich bioder. Ruszył ze mną na górę do swojej sypialni, co jakiś czas dociskając mnie do ściany, by złożyć na mojej szyi równie gorące jak wcześniej pocałunki. Będąc już w sypialni położył mnie na łóżku i chciał mnie pocałować, jednak ja dosłownie dorwałam się do jego marynarki, by kilka chwil później leżała już na podłodze. Desperacko chciałam się pozbyć jego koszuli, na co on tylko zachichotał. Uśmiechnęłam się do niego, a ten pomógł mi zdjąć swoją koszulę. Kiedy ujrzałam jego nagi tors, przejechałam po nim dłonią, praktycznie śliniąc się na jego widok. Piłkarz uśmiechnął się tylko cwaniacko, zachłannie mnie całując. Popchnął mnie na oparcie łóżka, wręcz pozbawiając mnie zmysłów. Nie oderwał się od moich warg, nawet na sekundę. To było niesamowicie podniecające. Złapał za moje uda, przyciągając mnie jeszcze bliżej siebie. Zaczął całować moją szyję, po czym niespodziewanie wsunąć ręce pod moją sukienkę, by po chwili rzucić ją gdzieś za siebie. Uśmiechnął się szyderczo, powoli zsuwając się w dół na wysokość mojego brzucha, jego dłonie również zjechały na tę wysokość. Zaczął składać na nim mokre i krótkie pocałunki. Znów znalazł się na wysokości mojej twarzy. Pocałował mnie delikatnie. Czułam, że chce pokazać mi ile dla niego znaczę? A ile tak naprawdę znaczę? Może chce mnie tylko wykorzystać? Nie, na pewno nie. Szybko odgoniłam te myśli od siebie, skupiając się na moim ukochanym. Subtelnie wsunął ręce pod moje plecy, znajdując zapięcie od mojego biustonosza, by po chwile zwinnie go odpinając. Widocznie miał w tym niezłą wprawę. Zachichotałam tylko cicho, co od razu wychwycił. Zbliżył się do moich warg, składają na nich subtelny pocałunek. Zjechał dłonią po mojej talii na prawe biodro. Jego palec znalazł się pod cienkim materiałem moich majtek.
- Chcesz tego?- spojrzał mi prosto w oczy, tak jakby próbując coś z nich wyczytać.
- Tak.
- Na pewno?
- Tak.- odpowiedziałam krótko.
- W stu procentach?
- W dwustu.- powoli zaczął mnie denerwować.
- Na pewno?- powtórzył.
- Kurde, Reus...- zirytował mnie.
- Nie chcę na tobie niczego wymuszać.
- Chcę tutaj, teraz, z tobą, jasne?- uśmiechnęłam się lekko.
- Kocham cię, mój głuptasku.- powiedział, zabawnie się uśmiechając..

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
 Ile minęło od moje ostatniego posta?
Dokładnie tydzień. 
Miałam zamiar dodać rozdział wcześniej. Zakończyłam go pisać w środę, jednak byłoby zbyt fajnie.
Cały rozdział, dokładnie cały usunął mi się. A tak dokładnie to blogger mi go usunął.
Tak, więc... Mam nadzieję, że nie będziecie na mnie źli i wybaczycie mi to?

Ten rozdział... Jest inny. Zauważyliście? xD A może mi się tak tylko zdaje? Możliwe. 
Nie przedłużam... Do zobaczenia kochani! ☺

sobota, 13 czerwca 2015

Rozdział 71 ~ Załóż coś seksownego.

- Marco, do cholery! Nie rób ze mnie idiotki. Nie ma żadnego drzewa.- zirytował mnie.- Dobra poradzę sobie sama. Śpij sobie.- powiedziałam i chciałam się rozłączyć, jednak usłyszałam jeszcze jego głos. 
- Przyjadę.- powiedział. Usłyszałam huk.- Kurwa!- warknął. Miałam ochotę się śmiać.
- Uważaj na siebie.- odparłam. Bałam się o niego. A jeśli ten ktoś zaatakuje go? Jeśli jest od niego silniejszy? Cieszyłam się, że przyjedzie do mnie. Bo gdyby nie chciał to olałby mnie. Powiedział, że sobie coś ubzdurałam i poszedł dalej spać. Ale nie..
Od razu zeszłam na dół, czekając na blondyna. Miałam nadzieję, że nie będzie tak głupi i nie zadzwoni dzwonkiem. Nie chciałam, żeby obudził Agatę i Kubę, a tym bardziej Oliwię, która śpi u małżeństwa. Minęło może piętnaście minut, a usłyszałam pukanie do drzwi. Pośpiesznie otworzyłam drzwi, a kiedy zobaczyłam, że w drzwiach stoi Marco, złapałam go za rękę i wciągnęłam do domu. 
- Może tak byś się przywitała?- zapytał, przyciągając mnie do siebie.
- Marco przestań.- odsunęłam się od niego.- Witaliśmy się już dzisiaj i to dobitnie.- uśmiechnęłam się lekko.
- Nadal tam jest?- spytał, spoglądając na schody i jednocześnie zmieniając temat.
- Ttak... Chyba tak.- zawahałam się. Piłkarz złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą. Kiedy byliśmy w moim pokoju, pewnym krokiem podążył do okna balkonowego.
- Marco, nie.- nie chciałam, żeby stała mu się krzywda. Nie wybaczyłabym sobie. Ten tylko zmierzył mnie przerażającym wzrokiem i otworzył drzwi, wychodząc na balkon. Podeszłam do niego. Widziałam jak ktoś ucieka z posesji mojego brata.
- Nie chcę cię tutaj więcej widzieć.- krzyknął Marco.
- Cii..- położyłam dłoń na jego ramieniu. Ten z powrotem wszedł do środka, po czym zamknął drzwi. Odwrócił się w moją stronę, przyciągając do swojego ciała. Objęłam go rękoma, przytulając się do niego.
- Dziękuję, że przyjechałeś.- szepnęłam.- Nawet nie wiesz jak się bałam.- dodałam.
- Chyba należy mi się za to jakaś nagroda?- zapytał z cwaniackim uśmieszkiem.
- Śnisz kochanie.- cmoknęłam ustami.
- Mówisz?- postawił kilka kroków do przodu, tym samym i mnie cofając. Rzucił mnie na łóżko, zawisając nade mną. Już chciał mnie pocałować, jednak ja uciekłam mu na górę łóżka.- Wredota.- mruknął, kręcąc głową, na co zachichotałam.
- Wiem, że mnie kochasz i nie możesz beze mnie żyć.- wywaliłam mu język.
- Kto ci tak powiedział?- przejechał dłonią po mojej talii.
- Gdyby tak nie było to nie przyjechałbyś do mnie.- zaśmiałam się cicho.
- Racja.- udał, że myśli.- Ale teraz... Chodźmy spać, co? Jutro nie wstanę.- prosił spojrzeniem. Zaśmiałam się kolejny raz.
- Oczywiście. Ale chyba nie masz zamiaru spać w ubraniach?- spytałam, wydostając się z jego objęć. 
- Wiem, że dla ciebie to mógłbym spać nawet bez nich.
- Wal się.- prychnęłam.
- Ale wiesz... Tak samemu to dziwnie.- skrzywił się.
- Tak pojebanego człowieka jeszcze w życiu nie widziałam.- wgramoliłam się na łóżko, przykrywając kołdrą.
- Uznam, że tego nie słyszałem.- odrzekł z lekkim uśmiechem na twarzy, zawisając nade mną.- Dobranoc.- złożył na moich ustach czuły pocałunek, po czym położył się obok mnie, przyciągając do siebie.
Nie minęło dziesięć minut, a poczułam dłoń Marco wędrującą pod moją koszulkę. Strzepnęłam ją, żeby w końcu dał mi spać. Już prawie usypiałam, ale ten oczywiście musiał zacząć. Po chwili poczułam jego ciepłe usta na mojej szyi. To tylko jeden pocałunek? ... Tak. Odpuścił sobie.

Następnego dnia pierwsze co zrobiłam po przebudzeniu to przetarłam oczy. Jeszcze z zamkniętymi oczami, wymacałam mój telefon i sprawdziłam godzinę. 9:17. Otworzyłam oczy i spostrzegłam, że leżę przy samym brzegu łóżka. Już chciałam się przesunąć, żeby nie spaść, jednak niespodziewanie Marco przysunął się do mnie i zepchnął mnie z łóżka. Spadłam, uderzając ręką o kant szafki nocnej. Jęknęłam z bólu, przeklinając pod nosem blondyna. Usiadłam opierając się o łóżko i zaczęłam masować dłoń.
- Marcela...- usłyszałam zaspany głos Marco. Nic się nie odezwałam. Piłkarz podniósł się do pozycji siedzącej i spostrzegł, że siedzę na podłodze.- Kochanie co ty tam robisz?- zapytał, przysuwając się do mnie. Odgarnął kosmyk włosów z moich pleców, po czym zaczął składać krótkie pocałunki na moim karku.
- Przestań.- wzdrygnęłam się, jednak było to przyjemne.
- Mhm.- mruknął, ale nie przestał mnie całować.
- Marco!- wstałam ze swojego miejsca.- Zrzuciłeś mnie z łóżka.- odparłam uśmiechając się lekko, chciałam mu pokazać, że się gniewam na niego, choć to nie była prawda. Stałam tyłem do niego.
- Oj, przepraszam.- czułam, że się uśmiecha. Podszedł do mnie, obejmując od tyłu, po czym zaczął mnie kołysać w jakiś nieznany mi rytm. Wydostałam się z jego objęć, podążając w stronę schodów.- Tak bez przywitania? No wiesz...- podbiegł do mnie, obracając przodem do siebie. Zaśmiałam się, próbując mu się wyrwać, jednak ten jeszcze bardziej przyciągnął mnie do siebie, wręcz przywierając swoim ciałem do mojego. Znów się zaśmiałam z mojego chłopaka, zarzucając ręce na jego szyję. Ten tylko pokręcił głową, po czym złożył na moich ustach, pełen namiętności pocałunek.
- Zakochańce!- usłyszałam głos Kuby, na co cicho zachichotałam..

*Jakub*
Marcela i Marco... To para idealna. Może ostatnio nie było pomiędzy nimi najlepiej, ale to jak w każdym związku. Wiem, że nie powinienem mieszać się w ich sprawy, ale wtedy na lotnisku nerwy mi puściły. Na ogół jestem człowiekiem spokojnym... Jednak wtedy po prostu nie mogłem patrzeć na to jak Marcela się męczy. I mam zamiar dzisiaj porozmawiać z Reusem. Na poważnie. Widząc Marcelę taką szczęśliwą, trudno jest się nie uśmiechnąć. Mam nadzieję, że Marco ma co do niej poważne zamiary, bo nie chciałbym być na jego miejscu, gdyby ją zranił. Cyśka zawsze była moją małą siostrzyczką. Była, jest i będzie. Moja mała księżniczka. Mam tylko jedną siostrę. Innej już nie będę miał, wiec muszę o nią dbać jak najlepiej potrafię.
- Zakochańce!- krzyknąłem, rozkładając talerze na stole w jadalni. Uśmiechnąłem się na widok miziającej się pary.- Moglibyście sobie darować.- dodałem, na co Agata puknęła mnie w ramie.- No co?
Zastanawiałem się co Reus tutaj robi. Przecież wczoraj wrócił do swojego domu. Sam go odprowadzałem...
- Tak, tak braciszku.- zaśmiała się blondynka, całując mnie w policzek.
- Za co to?- zdziwiłem się.
- Za ojczyznę.- wywaliła mi język.- W czym mam pomóc?- zapytała, podchodząc do Agaty. W tym samym momencie do kuchni wszedł Marco.
- Właściwie to w niczym.
Po śniadaniu, kobiety zostały w kuchni, natomiast ja z Marco przenieśliśmy się do salonu. Włączyłem telewizor i zastanawiałem się jak zacząć rozmowę z Reusem.
- Właściwie co ty tutaj robisz?- zapytałem 25 latka.
- Siedzę.- sarknął.
- A poważnie?
- Marcela w nocy się bała. Gałąź uderzała w jej okno, a ta ubzdurała sobie, że ktoś tam jest.- powiedział.
- Nieprawda.- oburzyła się moja siostra.- Tam naprawdę ktoś był.- dodała.
- No u Marceli pod oknem nie ma drzewa.- zauważyłem. Zakończyliśmy rozmowę na ten temat, ponieważ 20 latka tak chciała. Nie rozumiałam dlaczego nie chciała o tym rozmawiać, ale postanowiłem odpuścić. Kiedy Marcelina poszła do swojego pokoju, a Agata ubrać naszą córkę, ja zacząłem rozmowę z Marco.
- Co łączy cię z Marcelą?- może i głupio zacząłem, jednak nic innego nie przychodziło mi do głowy. Nie chciałem być też bezpośredni.
- Co?- zaśmiał się.- Przecież wiesz.- spojrzał na mnie z politowaniem.
- Powiedz mi tylko szczerze... Traktujesz ją poważnie?- spytałem prosto z mostu.
- Czuję się jak 12 letnie dziecko.- wywrócił poważnie.
- Marco odpowiedz.
- No jak w ogóle możesz myśleć, że jest inaczej. Oczywiście, że poważnie.- czułem, że mówi prawdę. On chyba naprawdę ją kocha. Nie wiedziałem co powiedzieć, ale uratowała mnie Marcela.
- Co robicie?- weszła do salonu, siadając obok Marco.
- Oglądamy.- odpowiedział Marco.- Ja już będę się zbierał.- dodał, wstając.

*Marcelina*
Stałam w przedpokoju, patrząc na blondyna, który zakładał buty.
- Telefon!- odparł tak jakby został oświecony.- Kochanie, przyniesiesz mi go? Nie chce mi się już zdejmować butów.
- Jasne.- odparłam i pobiegłam do mojego pokoju. Telefon blondyna leżał na łóżku. Złapałam za niego i wróciłam do piłkarza.- Niedługo to głowę zgubisz.- zażartowałam, podając chłopakowi komórkę.
- Pewnie czekasz na jakieś dziękuję?- zaśmiał się. 
- Czy ja wiem...- wzruszyłam ramionami, zbliżając się do ukochanego. Ten położył dłonie na moich biodrach, przyciągając mnie jeszcze bliżej siebie. Uśmiechnęłam się szeroko, kładąc dłoń na jego szyi. Nie czekałam na kolejny jego krok, tylko pocałował go.
- Chyba ci się nie śpieszy do domu?- zachichotałam.
- Średnio.- wzruszył ramionami.- Zapomniałbym.- powiedział, kiedy miał już wychodzić.
- Wpadnę po ciebie o 18. Załóż coś seksownego.- wyszeptał mi zmysłowo do ucha.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Tak, więc jestem ☺
Rozdział miał pojawić się już w czwartek. jednak do dzisiaj nie miałam czasu, aby dodać..
Ostatni rozdział? A raczej komentarze? Strasznie mnie zmotywowały i już kończę następny rozdział ☺
Może tak częściej po 16 komentarzy? Wcale bym się nie obraziła. Wręcz przeciwnie. Może rozdziały pojawiałyby się częściej?
To zależy już tylko od Was ;) no i mojej weny! :D

Mecz reprezentacji? Wyśmienity! Cud, miód, malina!
Hattrick Lewego, mmm ☺
 Gratulacje dla Roberta! ♥

piątek, 5 czerwca 2015

Rozdział 70 ~ Byłem głupi...

Proszę, przeczytaj notkę pod rozdziałem! 

 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Zerknęłam na zegarek, na którym widniała godzina 19:05. Za oknem powoli zapada zmrok, a ja już wykąpana. Po chwili usłyszałam dzwonek do drzwi. Aha! Ktoś tutaj kluczy zapomniał! Cały Kuba. Chodząca skleroza. Wstałam niechętnie ze swojego miejsca, podążając do drzwi. Otwierając je, zaśmiałam się cicho, myśląc o tym jak będę droczyć się z Kubą. Zawsze lubiłam wypominać mu jego błędy, ale w żartach oczywiście.. 
- Nie patrz tak, tylko przytul mnie.- uśmiechnął się uroczo. Nie wierzyłam własnym oczom. On tutaj? Ale jak? Jak to możliwe?
- Marco...- jęknęłam, rzucając się na niego. Wtuliłam się w jego umięśniony tors, wręcz przywierając swoim ciałem do jego. Nie liczyło się nic poza nim. Mój Marco... Wrócił do mnie. Zrobił kilka kroków w przód, stawiając swoje dwie walizki w przedpokoju. Kopnął drzwi, by się zamknęły. Niespodziewanie złapał mnie za uda, podnosząc i zaplatając sobie moje nogi wokół jego bioder, po czym odwzajemnił mój żelazny uścisk.
- Przepraszam cię za wszystko. Przepraszam kochanie. Byłem tak głupi...- głaskał mnie po głowie, natomiast ja bawiłam się jego włosami.
- Nic nie mów.- powiedziałam, a po moich policzkach spłynęło kilka łez. Byłam tak cholernie szczęśliwa. W końcu mogłam się do niego przytulić. Poczuć to ciepło.
- Kocham cię.- wyszeptał do mojego ucha.- Przepraszam, że cię tak traktowałem. Byłem głupi...- mówił, nie odrywając się ode mnie nawet na chwilę.- Jesteś moim skarbem, a ja cię zaniedbałem. Przepraszam.
- Czego nie rozumiesz w słowach nic nie mów?- spojrzałam na niego. To ten sam Marco.. Ten sprzed wakacji. W oczach miał iskierki, na twarzy lekki uśmiech. Znów wtuliłam się w jego tors. Chciałam, aby ta chwila trwała wiecznie. Teraz nie liczyło się nic poza nami. Tylko ja i on.
Zeskoczyłam z niego, łapiąc za rękę. Spojrzałam w jego zielone, pełne blasku tęczówki. Splotłam nasze palce, uważnie się temu przyglądając.
- Chodź.- odparł i pociągnął mnie do salonu. Usiadł na kanapie, a ja obok niego. Podkurczyłam nogi, przytulając się do niego. Nic nie mówiliśmy. Była zupełna cisza. Słychać było tylko tykający zegar i bicie naszych serc. Blondyn złapał mnie za rękę, bawiąc się nią. Spojrzałam na niego kątem oka i uśmiechnęłam się. Myślał o czymś. A może o kimś?
- Nie jestem ojcem.- odparł po jakimś czasie.
- Jak to?- nie zrozumiałam co miał na myśli. Przecież wyniki... To jego dziecko.
- Ivo nie jest moim synem.- powiedział. Słyszałam w jego głosie ból, smutek i zawód. On tak bardzo chciał mieć dziecko, syna. Przywiązał się do małego. Widziałam to po wyrazie jego twarzy. Był smutny. Spojrzałam na niego. Patrzył przed siebie, wpatrzony w ekran telewizora. Ten również spojrzał na mnie.- Sfałszowali wyniki. Ukartowali to. Oboje.- mówił powoli.
- Przywiązałeś się do niego.- stwierdziłam.
- I to bardzo.- powiedział z tak ogromnym bólem w głosie.- Nie wiem jak można być takim egoistą. W ogóle nie pomyśleli o małym, a przecież on nie jest niczemu winien.
Nic mu nie odpowiedziałam. Położyłam głowę na jego ramieniu, patrząc na ekran. Nie myślałam o niczym. Miałam w głowie pustkę.
- Widzę, że nic tu po mnie.- usłyszałam głos Marco i poczułam jak odpycha mnie od siebie, wstając.
- Co?- wstałam szybko, patrząc na niego. Nie rozumiałam. Co takiego zrobiłam, że chce iść?
- Od razu po wylądowaniu, przyjechałem tutaj. Myślałem, że się ucieszysz, jakoś zareagujesz. Przecież wróciłem. A ty? Nic.
- Marco przestań.- złapałam go za rękę, kiedy chciał wziąć walizkę.- Bardzo dobrze wiesz, że się cieszę. Bardzo cieszę.- dodałam.
- Udowodnij.- spojrzał w inną stronę. Zachichotałam cicho, łapiąc go za podbródek i odwracając jego twarz w moją stronę. Spojrzałam przebiegle w jego oczy.
- Pieprzony ideał.- mruknęłam cicho do siebie, wpijając się w jego malinowe wargi. Przywarł swoim ciałem do mojego, łapiąc mnie za uda i podnosząc do góry, po czym zaplótł mojego nogi wokół swoich bioder, tak jak kilkanaście minut temu. Położyłam dłonie na jego szyi, nie odrywając się od jego ust. Ten niespodziewanie ruszył w stronę salonu. Usiadł na kanapie, nadal trzymając mnie przy swoim ciele. Teraz to on dominował. Zawsze tak robił. Zawsze musiał być górą. Uparciuch. Położył swoje dłonie na mojej pupie, jeszcze bliżej przyciągając mnie do swojego ciała. Kiedy skończył swoje czułości, przygryzł moją dolną wargę, lekko pociągając za nią. Uśmiechnął się, z taką wyższością. Był górą i miał z tego ogromną satysfakcje.
- Cwaniak.- rzuciłam.
- Słyszałem tamto.- powiedział, przez co zarumieniłam się. Miałam nadzieję, że tego nie usłyszy. Nie chcąc, aby widział moje rumieńce, przytuliłam się do niego.- Pięknie ci z rumieńcami.- stwierdził.
- Marco!
- No co?- zaśmiał się.
- Przestań.- warknęłam. Nagle usłyszałam huk. Hałas dochodził z pokoju małej Błaszczykowskiej.- Oliwia..- odparłam przerażona. Pośpiesznie wstałam, biegnąc w stronę pokoju małej Błaszczykowskiej.
- Marcela!- krzyknął za mną Marco. Im bliżej byłam pokoju Oliwki, tym bardziej moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Wbiegłam do pomieszczenia, rozglądając się po nim. Oliwia siedziała na swoim łóżeczku, cała się trzęsła. Odetchnęłam z ulgą. Nic się jej nie stało. Podeszłam do niej i wzięłam na ręce.
- Cichutko. Nic się nie stało kochanie.- głaskałam ją po głowie. Spojrzeliśmy ma siebie z Marco, prawie w tym samym momencie. Kiedy chciałam podejść do wybitego okna, Marco mnie zatrzymał.
- Nie podchodź.- nakazał. Podszedł do wybitego okna, wyglądając. Moje serce waliło jak oszalałe. Gdyby coś mu się stało, nie wybaczyłabym sobie. Zrobił kilka kroków w tył, kucając. Widziałam, że bierze coś do ręki. Podszedł do mnie. W ręku miał kamienia, do którego przywiązana była karteczka. Odwiązał ją, spoglądając na mnie kątek oka.
- Zapłacisz za to.- przeczytał. Nogi ugięły się pode mną. Gdyby nie to, że Marco mnie podtrzymał, upadłabym.
- Marcela, wszystko okey?- zapytał, przyciągając mnie do siebie. Przełknęłam głośno ślinę, zalegającą w moim gardle.
- Zapłacę? Za co? Komu?- zadawałam kolejne pytania.
- Skarbie, uspokój się.- pocałował mnie w czoło.
- To nie tobie ktoś wybił okno. I to nie tobie ktoś grozi. Jak mam być spokojna?- wybuchnęłam.
- Może to do Kuby, albo Agaty.- zasugerował.
- Proszę cię. Oni nie mają wrogów.- pokręciłam głową.
- Jesteśmy! Marcela!- usłyszałam głos Kuby.
- Tutaj jesteśmy.- zawołał Marco, wychodząc na schody.
- To twoje walizki stoją w przedpokoju?- zapytała Agata.
- Tak.- odpowiedział szybko.- Chodźcie tutaj. Musicie coś zobaczyć.- dodał.
- Cco? Co to ma być?- zapytał przerażony Kuba, wchodząc do pokoju swojej córeczki.
- Tatuś.- krzyknęła Oliwka i wyrwała się z moich objęć. Jakub wziął córkę na ręce. Spojrzałam na Marco, a ten na mnie. Po chwili podał Kubie karteczkę. Stał chwilę patrząc na nią oniemiały.
- Pokaż.- Agata wyrwała bratu karteczkę z ręki. Farbowany blondyn, objął mnie w pasie, przyciągając do siebie i przytulając.
- Jestem pewna, że to jest skierowane do mnie.- odparłam.
- Musimy zgłosić to na policję.- powiedział pewnie Kuba.
- I co im powiem? Kuba ja nawet nie wiem kto to zrobił...

Obudziłam się w środku nocy, słysząc dziwne odgłosy dobiegające z zewnątrz. Przestraszyłam się. Zwłaszcza po tym co miało miejsce wieczorem. Gałąź uderza o okno? Jest wiatr? Ale... Przy moim oknie nie ma drzewa.  Powoli zaczęłam kojarzyć fakty.. Jeżeli ten ktoś ma zamiar mnie nastraszyć to mu się to nie uda. Powoli i bardzo ostrożnie wstałam, podchodząc do okna. Moje serce waliło jak oszalałe. Boję się. I to cholernie. Uderzyłam pięścią w okno, mając nadzieję, że ten ktoś sobie odpuści. Z prędkością światła, oparłam się w ścianę przy oknie balkonowym. Boję się... Czekałam chwilę na jakąkolwiek reakcję ze stronę mojego prześladowcy. Znów zaczął uderzać gałęzią o szybkę. Podbiegłam do łóżka i zakryłam się kołdrą po sam czubek głowy. Dłonią odnalazłam telefon. Jedyne co teraz przyszło mi do głowy to telefon do Marco. Musiałam to zrobić. Nie chciałam go budzić, bo każdy normalny człowiek o tej porze śpi. Ale strach był silniejszy ode mnie. Jeden sygnał, drugi, trzeci i kolejny... I nic. Nie odbiera. Rozłączyłam się i wybrałam kolejny raz numer do ukochanego. Tak cholernie się bałam. Ręce trzęsły mi się, nie potrafiłam utrzymać telefonu w dłoni. Hałas nie ustąpił, wręcz przeciwnie. Był coraz głośniejszy. Kolejny raz usłyszałam tylko sygnał.
- Odbierz do cholery!- szepnęłam do siebie.
- Halo?- usłyszałam w słuchawce telefonu głos blondyna. Moje modlitwy zostały wysłuchane.
- Marco, posłuchaj mnie uważnie.- szepnęłam.
- Marcela? Kochanie to ty?- wyraźnie był zakłopotany. 
- Tak. Posłuchaj. Ktoś stoi pod moim oknem i uderza gałęzią.- nie pozwolił mi kontynuować. 
- Marcela, może coś ci się przesłyszało.- ziewnął.
- Nie, słyszę przecież.
- To na pewno drzewo, wiatr jest. Uspokój się.
- Marco, do cholery! Nie rób ze mnie idiotki. Nie ma żadnego drzewa.- zirytował mnie.- Dobra poradzę sobie sama. Śpij sobie.- powiedziałam i chciałam się rozłączyć, jednak usłyszałam jeszcze jego głos. 
- Przyjadę.- powiedział. Usłyszałam huk.- Kurwa!- warknął. Miałam ochotę się śmiać.
- Uważaj na siebie.- odparłam. Bałam się o niego. A jeśli ten ktoś zaatakuje go? Jeśli jest od niego silniejszy? Cieszyłam się, że przyjedzie do mnie. Bo gdyby nie chciał to olałby mnie. Powiedział, że sobie coś ubzdurałam i poszedł dalej spać. Ale nie..
Od razu zeszłam na dół, czekając na blondyna. Miałam nadzieję, że nie będzie tak głupi i nie zadzwoni dzwonkiem. Nie chciałam, żeby obudził Agatę i Kubę, a tym bardziej Oliwię, która śpi u małżeństwa. Minęło może piętnaście minut, a usłyszałam pukanie do drzwi. Pośpiesznie otworzyłam drzwi, a kiedy zobaczyłam, że w drzwiach stoi Marco, złapałam go za rękę i wciągnęłam do domu. 
- Może tak byś się przywitała?- zapytał, przyciągając mnie do siebie.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Jak podoba się Wam ten rozdział? 
Pojawił się Marco.. Marco, którego każdy wyczekiwał... 
I tajemniczy ktoś
Jak myślicie kto to może być?

Mam jeszcze jedno pytanie.. Czyta ktoś moje wypociny?
 Pojawia się coraz mniej komentarzy, a ja naprawdę się staram. 
Ten kto czyta jeszcze moje opowiadanie, niech  zostawi po sobie chociaż kropkę. 
Przynajmniej będę wiedziała ile Was jest. I czy jest sens jeszcze pisać.
Powoli będę zmierzać po epilogu... Jakby kogoś to interesowało ;)